To juz ostatki mojej irlandzkiej przygody. W następny poniedziałek wylatuję z "zielonej wyspy ". Czy jest mi smutno? Szczerze mówiąc ( jak na tą chwilę ) nie bardzo. Tak naprawdę jestem strasznie podekscytowana najbliższą przyszłością i już nie mogę się jej doczekać!
29 czerwca ( po raz trzeci w tym miesiącu ) będę śmigała sobie samolotem wysoko, wysoko nad ziemią. I jak zwykle to u mnie bywa, będę się zachwycała tym stanem. Pewnie uronię w myślach kilka łez ponieważ wszystkie znaki na niebie na niebie pokazują, że kariery pilota nie zrobię. Lot będzie trwać kilka (dłuższych ) chwil, później lądowanie w Kopenhadze, gdzie będę miała kilka godzin do następnego samolotu.
Przejrzałam już chyba wszystkie możliwe zdjęcia z Kopenhagi, które do zaoferowania miał wujek Google i bardzo bym chciała chociaż na chwilę wpaść do centrum miasta. Cały czas zastanawiam się jak to zrobić, żeby nie spóźnić się na następny samolot. Ale jak to mówią - Do chcącego noc trudnego... Zobaczymy tylko jak bardzo będzie mi się chciało.
Po kilku godzinach w stolicy Danii, wsiadam w następny samolot, który przetransportuje moją osobę do Ojczyzny.Po wylądowaniu na lotnisku w Modlinie będę musiała się przetransportować do Grodziska Mazowieckiego, gdzie spędzę kilka dni z rodziną. Jeszcze nie wiem jak to zrobię, bo wszystkie połączenia kolejowe wyglądają, na moje oko, jak jakiś labirynt. Liczę na to, że spotkam jakichś poczciwych ludzi, którzy mnie pokierują ( taka metoda prawie nigdy nie zawodzi).
Po krótkim pobycie w Grodzisku czeka mnie podróż do domu <3 po czym kolejna przeprowadzka do Krakowa, gdzie mam zamiar spędzić całe wakacje.
Drugim powodem, dla którego mi śpieszno do ojczyzny jest fakt, że brakuje mi takiego poukładania przestrzeni życiowej na "pracę" i "dom". Nie wiem, czy ma to jakiś sens, ale chodzi mi o to, że tutaj praktycznie mieszkam w pracy ( takie uroki au pair) i wcale mi to nie odpowiada. Brakuje mi takiej swobody, kiedy teoretycznie powinnam ją
mieć. Ale przede wszystkim brakuje mi takich szczerych, bezinteresownych relacji- bo tutaj z tym problem. Nie mówię też, że tutaj nie poznałam nikogo bezinteresownego. Wręcz przeciwnie! Poznałam wielu wspaniałych ludzi, z którymi widzę się w każdy weekend. Problem w tym, że chciałabym czuć się komfortowo nie tylko w weekendy.
Dlatego też nie mogę doczekać się poniedziałku, a w sumie nawet soboty, bo właśnie wtedy opuszczam Blessington. Jestem też przekonana, że za Irlandią będę tęsknić. Pewnie będzie mi brakowało rzeczy, o których teraz nawet nie myślę. Przy starcie samolotu, kiedy zobaczę Irlandię z góry, na bank uronię łezkę. W końcu spędziła tutaj 8 miesięcy swojego życia i te wszystkie rzeczy, które widziałam, doświadczyłam są już częścią mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz